„Pozycjonowanie mi nie idzie, może zróbmy audyt” — z takim zdaniem przychodzi do mnie sporo osób. Problem w tym, że pod słowem „audyt” każdy rozumie coś innego. Jedni myślą o dwustronicowym raporcie z narzędzia online, inni o kilkugodzinnej rozmowie, jeszcze inni o kompletnym planie działania na pół roku.
Wyjaśniam więc, czym jest audyt SEO w moim rozumieniu, z jakich części się składa i — co ważniejsze — co konkretnie dostaje klient, kiedy praca się kończy. SEO to skrót od optymalizacji strony pod wyszukiwarki, czyli zestawu działań, które mają sprawić, że Google lepiej rozumie i wyżej pokazuje Twoją stronę.
Audyt to diagnoza, nie leczenie
Audyt odpowiada na pytanie „dlaczego jest tak, jak jest”. Nie zmienia pozycji sam z siebie, tak jak wyniki badań krwi same nikogo nie leczą. Jego wartość polega na tym, że po jego przeczytaniu wiadomo, w co włożyć czas i pieniądze, a co można spokojnie zostawić.
Dlatego oceniam audyt po jednym kryterium: czy da się z niego zrobić listę zadań. Jeśli raport kończy się zdaniem „zalecamy poprawę optymalizacji treści”, to nie jest audyt, tylko rachunek za wygenerowanie pliku PDF.
Część techniczna — czy Google w ogóle może wejść
Zaczynam zawsze od techniki, bo bez niej reszta nie ma znaczenia. Sprawdzam, czy roboty wyszukiwarki mają dostęp do wszystkich ważnych podstron, czy plik robots.txt czegoś przypadkiem nie blokuje, czy mapa witryny istnieje i jest zgłoszona w Google Search Console, i czy nie ma podstron, które zwracają błąd 404 albo przekierowują w kółko.
Bardzo pomocne jest tu Google Search Console — bezpłatne narzędzie Google, które pokazuje, ile podstron wyszukiwarka faktycznie zaindeksowała i na jakie frazy Twoja strona się wyświetla. Jeśli klient go nie ma, zakładam je na początku audytu, bo bez tych danych część wniosków byłaby zgadywaniem. Zdarzało mi się znaleźć tam informację, że z pięćdziesięciu podstron w indeksie jest sześć, i to od razu tłumaczyło całą resztę.
Osobno patrzę na adresy. W WordPressie zdarza się, że ta sama treść jest dostępna pod kilkoma adresami naraz — z „www” i bez, po http i po https, z ukośnikiem na końcu i bez. Dla człowieka to jedna strona, dla wyszukiwarki cztery różne, konkurujące ze sobą. Do tego dochodzi szybkość ładowania i wygląd na telefonie, bo Google ocenia stronę przede wszystkim w wersji mobilnej.
Część treściowa — czy odpowiadasz na to, o co ludzie pytają
Tu sprawdzam, czy strona ma w ogóle treść, którą można wypozycjonować. Trzy zdania na stronie usługi to za mało, żeby Google zrozumiał, czym się zajmujesz. Patrzę na tytuły podstron (te, które widać w wynikach wyszukiwania), na nagłówki wewnątrz stron, na to, czy każda usługa ma własną podstronę zamiast jednego wspólnego worka „oferta”.
Druga rzecz to dopasowanie do realnych zapytań. Firma może pisać o „kompleksowych rozwiązaniach z zakresu instalacji sanitarnych”, podczas gdy ludzie w Skierniewicach wpisują „hydraulik Skierniewice”. Audyt powinien pokazać tę rozbieżność na konkretnych frazach, razem z szacunkową liczbą wyszukiwań.
Część linkowa i konkurencja
Linki z innych stron nadal są dla Google sygnałem, że ktoś Cię zna. Sprawdzam, ile takich odnośników prowadzi do strony, skąd pochodzą i czy nie ma wśród nich śmieciowych katalogów sprzed dekady, które ktoś kiedyś kupił w pakiecie. Patrzę też na linkowanie wewnętrzne, czyli czy podstrony w ogóle prowadzą do siebie nawzajem.
Do tego dochodzi porównanie z dwoma–trzema firmami, które są nad Tobą w wynikach na najważniejsze frazy. Nie po to, żeby ich kopiować, tylko żeby zobaczyć, ile treści i ile linków realnie trzeba, żeby wejść na ich poziom. Czasem odpowiedź brzmi: sporo, przez rok. Lepiej wiedzieć to na początku.
Co dostajesz na koniec
Mój audyt SEO kończy się dokumentem, w którym są cztery rzeczy. To jest ten moment, o który warto dopytać każdego wykonawcę, zanim zapłacisz.
- Lista znalezionych problemów, każdy z jednozdaniowym wyjaśnieniem, dlaczego to problem, i wskazaniem konkretnej podstrony, której dotyczy.
- Kolejność napraw — co zrobić w pierwszym tygodniu, co w miesiąc, a co jest kosmetyką na potem.
- Informacja, co mogę zrobić ja, a co musi zrobić ktoś po Twojej stronie, bo wymaga wiedzy o firmie.
- Krótka rozmowa po przeczytaniu, żeby przejść przez raport punkt po punkcie i odpowiedzieć na pytania.
Nie znajdziesz tam obietnicy pozycji ani terminu, w którym „będziesz w top 3″. Nikt uczciwy takiej obietnicy nie da, bo wyniki zależą też od konkurencji i od zmian po stronie Google.
Najczęstsze pytanie: czy audyt wystarczy
Nie wystarczy — i to jest uczciwa odpowiedź. Audyt to punkt startu. Po nim przychodzi wdrożenie poprawek, które przy typowej stronie firmowej zajmuje od kilku godzin do kilku dni pracy, a potem regularne dokładanie treści.
Ma to jednak sens ekonomiczny: kilkaset złotych za diagnozę zwykle oszczędza kilka tysięcy wydanych na działania, które i tak nie zadziałałyby przy zablokowanej indeksacji albo stronie ładującej się osiem sekund. Kolejność ma znaczenie: najpierw usuwamy przeszkody, potem dopiero budujemy.
Warto też ustalić, co będziemy uznawać za efekt. Sama pozycja na jedną frazę mówi niewiele — patrzę raczej na liczbę fraz, na które strona się w ogóle wyświetla, i na to, ile osób z wyszukiwarki wchodzi na podstrony ofertowe. To dane, które widać w Search Console i które po trzech miesiącach dają uczciwą odpowiedź, czy praca idzie w dobrą stronę.
Jeśli nie masz pewności, czy Twoja strona wymaga audytu, czy od razu poprawek — napisz, rzucę okiem i powiem, co ma sens. Robię pełną diagnozę techniczną, treściową i linkową zakończoną listą zadań w kolejności; na start potrzebuję adresu strony i dostępu do Google Search Console, jeśli już go masz.
Ewelina Grzelak, EWELA design
tel. +48 511 254 321
e-mail: biuro@eweladesign.pl
Zobacz pakiety i ceny